Najstarszy salon fryzjerski w Warszawie na skraju bankructwa. Internauci ruszyli na pomoc

Zdjęcie ilustracyjne fot. Pexels

Najstarszy salon fryzjerski w Warszawie „Modik” jest bliski bankructwa. Ma tylko kilka dni na spłacenie zaległości wobec spółdzielni. W przeciwnym wypadku będzie musiał wynieść się z lokalu. Salon został założony tuż przed II wojną światową i jest w rękach jednej rodziny.

„Modik” to najstarszy salon fryzjerski w Warszawie. W 2014 roku Hubert Pilewicz przejął salon od swojego taty i wujka. „Modik” założyli ich rodzice w 1933 roku i – poza okresem wojny – biznes działał od tego czasu nieprzerwanie. Strzygli się tutaj m.in. Zbigniew Wodecki, czy Jan Machulski. Najstarszy klient przychodzi do „Modika” od 70 lat, a jedna z fryzjerek pracuje w salonie od czterech dekad. Wnętrze przypomina o dziesięcioleciach działalności salonu, choć Pilewicz odnowił je i dostosował do współczesności. 

Na początku kwietnia salon fryzjerski „Modik” poinformował, że po 88 latach kończy działalność. Tydzień później salon zdecydował się na próbę ratowania swojego biznesu i zorganizowano zbiórkę internetową na portalu zrzutka.pl. – Salon fryzjerski Huberta Pilewicza jest salonem pokoleniowym założonym 88 lat temu. Nie możemy zaprzepaścić szansy i nie pomóc mu… Niech historia nadal trwa… Nie dajmy się pandemii… I nie bądźmy obojętni na takie trudne  sytuacje życiowe – czytamy w opisie zbiórki.

Szanowni Państwo za namową wielu kochanych ludzi, zdecydowaliśmy się spróbować ratować wielo pokoleniową firmę i…

Opublikowany przez Modik Piątek, 9 kwietnia 2021

Niestety salon ma już kilka dni, by zebrać wymagane 50 tys. złotych. Do 13 kwietnia łączna liczba wpłat wyniosła tylko 6448 zł, co stanowi 12 proc. wymaganej kwoty. Jeśli do niedzieli 18 kwietnia właściciel salonu nie spłaci zaległości wobec spółdzielni, będzie musiał wynieść się z lokalu. 

Jak się okazuje salon przed pandemia był już w kiepskiej sytuacji finansowej. Mimo to właściciel postanowił o niego zawalczyć. Lockdown mocno to utrudnił, a przez ponad rok pandemii Pilewicz otrzymał zaledwie 8,5 tys. zł wsparcia od państwa. Nie wystarczyło to na czynsz, a po paru miesiącach zaległości spółdzielnia wypowiedziała mu lokal. – Wcześniej mieliśmy podpisane czteromiesięczne zobowiązanie o płatnościach. Wywiązywałem się z niego przez dwa miesiące, ale później rząd zamknął salony fryzjerskie i straciłem cały dochód. Wtedy musiałem zdecydować – albo zapłacę moim pracownikom w czasie zamknięcia, albo pokryję zobowiązanie. Wybrałem ludzi – powiedział.

Źródło: next.gazeta.pl